Internet nie zapomina

Kiedy konflikt między rodzicami narasta, bardzo łatwo pojawia się potrzeba opowiedzenia swojej historii komuś, kto wreszcie ją zrozumie.

Dzisiaj miejscem, w którym można znaleźć takie wsparcie, są przede wszystkim media społecznościowe. Wystarczy kilka zdań na Facebooku, post na grupie dla ojców albo krótki film na TikToku czy YouTube, żeby w ciągu kilku minut dotrzeć do setek osób.

Szczególnie często pojawiają się historie rodziców, którzy czują się odsunięci od swoich dzieci. Opowiadają o alienacji rodzicielskiej, niewykonywaniu przez drugiego rodzica postanowień sądu, problemach z kontaktami czy braku możliwości porozumienia się z matką albo ojcem dziecka.

Taki post bardzo często spotyka się z ogromnym odzewem.

Jedni komentują:

„Trzymaj się, nie jesteś sam.”

Inni zaczynają krytykować drugiego rodzica, doradzać kolejne kroki albo przekonywać autora, że powinien natychmiast podjąć określone działania.

I w ten sposób konflikt, który do tej pory toczył się pomiędzy dwojgiem rodziców i ich najbliższym otoczeniem, otrzymuje kolejną warstwę – tym razem publiczną.

Problem polega na tym, że internet jest zupełnie innym środowiskiem niż rozmowa z przyjacielem.

Osoby komentujące najczęściej nie znają ani nas, ani drugiego rodzica, ani dziecka. Znają wyłącznie historię przedstawioną przez jedną stronę. Mogą więc bardzo szybko opowiedzieć się po naszej stronie, ale równie szybko mogą zacząć nas atakować albo podważać to, co napisaliśmy.

I choć chwilowe poczucie, że ktoś nas wreszcie rozumie, może być bardzo potrzebne, warto zadać sobie pytanie:

Co się stanie z tym materiałem za rok?

Bo internet ma jedną szczególną właściwość – to, co raz opublikowaliśmy, bardzo trudno później całkowicie usunąć.

Dzisiaj możemy napisać coś pod wpływem złości, bezsilności albo poczucia krzywdy. Możemy opisać drugiego rodzica w sposób, który w danym momencie wydaje nam się całkowicie uzasadniony. Możemy użyć określeń, których kilka miesięcy później sami nie chcielibyśmy już używać.

Ale opublikowany materiał może nadal istnieć.

Może zostać zapisany, udostępniony, zarchiwizowany albo pokazany osobie trzeciej. Może również trafić do materiału analizowanego w postępowaniu sądowym.

I wtedy znaczenie ma już nie to, co czuliśmy w momencie publikacji, ani nawet to, ilu ludzi nam wtedy współczuło.

Znaczenie ma to, co faktycznie napisaliśmy.

Dlatego szczególnie w trakcie postępowania rodzinnego bardzo ostrożnie podchodziłbym do publicznego opisywania własnej sprawy. Nie dlatego, że nie mamy prawa mówić o swoich doświadczeniach. Chodzi raczej o świadomość, że publikacja w internecie jest decyzją, której konsekwencje mogą być znacznie bardziej trwałe niż sama emocja, która ją wywołała.

Pokusa jest oczywiście duża.

Zwłaszcza kiedy mamy poczucie, że jesteśmy sami. Kiedy wydaje nam się, że system bardziej sprzyja matkom, że nikt nie chce słuchać ojca albo że nikt nie rozumie tego, przez co przechodzimy.

Wtedy bardzo naturalna jest potrzeba znalezienia ludzi, którzy powiedzą:

„Masz rację. Rozumiemy Cię. To nie Twoja wina.”

Takie wsparcie może mieć wartość. Ale warto szukać go w sposób, który nie będzie jednocześnie budował kolejnego problemu.

Możemy rozmawiać z bliskimi. Możemy korzystać z pomocy specjalistów. Możemy szukać wiedzy i doświadczeń innych rodziców. Możemy również korzystać z grup internetowych.

Ale zanim opublikujemy swoją historię publicznie, warto zadać sobie pytanie:

Czy za pięć lat nadal będę chciał, żeby moje dziecko mogło przeczytać dokładnie to, co właśnie napisałem?

To pytanie potrafi bardzo szybko zmienić perspektywę.

Bo w postępowaniu rodzinnym nie jesteśmy oceniani wyłącznie przez pryzmat tego, co mówią o nas inni. Nie decydują o naszym rodzicielstwie komentarze przypadkowych osób z internetu. Nie decyduje również liczba ludzi, którzy pod naszym postem napiszą, że powinniśmy „walczyć o swoje”.

Największe znaczenie nadal ma nasza własna postawa i nasze codzienne decyzje.

To jest zresztą dobra wiadomość.

Nie mamy wpływu na to, co napisze drugi rodzic. Nie mamy wpływu na komentarze obcych ludzi. Nie mamy wpływu na to, jaką opinię ktoś sobie o nas wyrobi.

Mamy natomiast bardzo duży wpływ na to, jak sami zachowujemy się w konflikcie, jak komunikujemy się z drugim rodzicem i jak funkcjonujemy w relacji z dzieckiem.

I właśnie na tym warto koncentrować swoją energię.

Bo internet może dać nam setki osób, które przez chwilę powiedzą, że jesteśmy wspaniałymi rodzicami.

Ale żadna liczba komentarzy nie zastąpi dziecku obecnego, spokojnego i odpowiedzialnego ojca.

A jeżeli mamy coś budować, to właśnie tę relację – zamiast budować kolejną publiczność dla naszego konfliktu.

Leave a Reply

Your email address will not be published.